2008.11.20 15:59:22 link
Ja bym już bardzo chciała maj. Wiadomo, że z powodów pogodowych to raz, a dwa, że może wtedy będę mogła sobie powiedzieć "taak, w 100% wybrałaś dobry kierunek i rehabilitacja dzieci niepełnosprawnych TO JEST TO." Jak na razie to tak na 70%... Moje morale wokalne ostatnio bardzo mocno podupadły i muszę się motywować, żeby nie rzucić tego wszystkiego w obawie przed kolejną porażką. Dopadają mnie czasem myśli, że trzeba było zostać przy tej poezji śpiewanej, a nie się porywać na rzeczy, które fakt- podobają mi się bardzo, ale nigdy wcześniej ich nie robiłam. No ale co poradzę, że je lubię?:)
Damn, odwiedzam portal N-K, a tam mój rówieśniczy kolega z liceum ma opis, że bierze ślub w czerwcu 2009 i ze swoją "Myszką" starają się o dziecko.
Jezus Maria.
komentarz (0)

2008.11.01 10:39:16 link
Odkryłam, że tak zwany "zapierdol w pracy" sprawia mi radość. Zawsze, gdy musiałam zrobić kilka rzeczy na raz i każda z nich była równie ważna, to odczuwałam zirytowanie i jakąś taką wewnętrzną agresję. Wczoraj zrobiło mi się naprawdę przyjemnie, że tak to sobie wszystko ogarniam. Łoł.
Przedwczoraj w końcu uporałam się z wielkim zeszytem "do wszystkiego" na uczelnię i dopiero teraz odczuwam, że właściwie to zaczął się już semestr.
Bardzo bym chciała zrobić coś niecodziennego, bardzo też chciałabym ucieszyć się z jakiejś niespodzianki. Z Nim.
komentarz (0)

2008.10.27 21:44:10 link
Nie wiem jak, nie wiem skąd, ale jak wysiadłam dziś po pracy z autobusu, to poczułam w powietrzu zapach lodów waniliowych w wafelku. I całe zmęczenie i dzienne smutki gdzieś odleciały. Uśmiecham się:)
komentarz (0)

2008.10.25 23:59:58 link
Czuję się niemłodzieżowo. W czasie, gdy wszyscy moi znajomi bawią się teraz w mieście, ja za moment z nadzwyczajną radością przestawię zegarek o godzinę w tył i pójdę spać.
Ale nie ma co narzekać:) Fajnie mi w życiu!
komentarz (2)

2008.10.21 10:10:50 link
Hardkor do końca października, jeśli chodzi o godziny, które muszę przepracować:) Nie mam jak na razie czasu na nic!
Nie mogę w to uwierzyć, że gość uważający się za przyjaciela mojego Chłopaka okazał się tak zakłamaną, dwulicową i fałszywą osobą.
Pisałam już o tym samym w lutym... "dwulicowi koledzy... to żadni koledzy".
Od wczoraj nie uważam już tego gościa za swojego kolegę.
Nie mogę przestać o tym myśleć, co chwilę coś mi się przewraca w żołądku i jest mi tak ciężko, jakbym właśnie się rozkładała na anginę. To naprawdę bardzo boli, naprawdę bardzo to przeżywam, a najbliższy mi mężczyzna po prostu tego nie rozumie:(
komentarz (1)

2008.10.15 11:18:23 link
"Oczy szeroko zamknięte". No demyt, zmarnowaliśmy 2 godziny. 2 godziny, które można było spędzić O WIELE przyjemniej i ciekawiej.
Dziś nocka w pracy, w najbliższych dniach przypuszczalnie też się jakieś trafią, a w niedzielę będę wyglądała jak zombie!
Mój nlog niedługo w końcu doczeka się tego skina z LIPCA!
komentarz (0)

2008.10.13 15:56:40 link
Dokładnie równiusieńko rok temu spędzałam dzień na uczelni w stanie poalkoholowo-wpółżywym. I tak przez następne 3 miesiące.
Dokładnie rok temu zamknęłam za sobą ważne 3 lata (w sumie, bo w rozpadzie to było ich ze 4,5) i nie widziałam jakichkolwiek perspektyw na uśmiechnięte dni, które przez najbliższe 3 miesiące spędziłam dość hucznie i towarzysko, aczkolwiek bardzo samotnie.
Rok temu rozstałam się z pierwszą poważniejszą pracą i przez najbliższe 3 miesiące nie robiłam absolutnie nic.

Prawie rok temu napisałam
Spędziłam weekend w mojej Fabryce i tak sobie dzisiaj przed zamknięciem wyszłam posiedzieć na parapecie w deszczu. Popijając Red Bulla (dzięki Anton:) )i oglądając te bloki, które mnie z jednej strony przytłaczają, a z drugiej uspokajają, uświadomiłam sobie, jak wielka przepaść dzieli mnie od tego kim byłam i co działo się w moim życiu równy rok temu.

Parapet zamieniłam na stojak na rowery, Red Bulla na Pall Malle zielone i uświadomiłam sobie, jak wielka przepaść dzieli mnie od tego kim byłam i co działo się w moim życiu równy rok temu.
komentarz (2)

2008.10.09 19:23:40 link
Barwa głosu, aranż, interpretacja, talent, WHOAH!!
komentarz (0)

2008.10.09 00:43:10 link
Wstaję za 5,5 godziny, marzę o wyspaniu się przynajmniej do południa, nie lubię już gorzkiej herbaty z rumem (wcześniej nie wiedziałam, że nie lubię) i kocham Ralfa.
komentarz (1)

2008.10.03 22:58:42 link
Po nieprzespanym tygodniu i byciu na chodzie od świtu do nocy, wsiadłam do Jego samochodu i zachowywałam się tak klasycznie, że aż trochę wstyd o tym pisać... czepiałam się o wszystko, włącznie z mini prezentem - jajkiem i zachowaniem Jego kumpli (oj noo, zmęczona byłam!). A On co? Poleciałam na chwilę do domu, wracam do auta i widzę Jego uśmiechniętego buziaka i arbuzową - strzelankową Milkę. To drobiazgi, ale naprawdę fajne i ujmujące drobiazgi. Wielka wyrozumiałość i zrozumienie ze strony tego Gościa. A z mojej tony miłości na nasze dzisiejsze wspólne 9 miesięcy:)
komentarz (0)

2008.10.01 15:58:50 link
Zamykam oczy i widzę "9,90", "19,90", "29.90" etc.
Jeśli chodzi o sen, to jestem jak małe dziecko, dlatego 6 godzin na dobę od 4 dni to dla mnie za mało. Od końca liceum nie wstawałam po 6. Mój zegar zaprogramowany jest na łagodne budzenie o godzinie 11.00. Wizja wyspania się z każdym dniem jest coraz dalsza, w niedzielę po raz pierwszy w pracy objawię dopiero o 13.00, ale pobudkę i tak zaliczę o godzinie 7, bo od 9 będę miała zajęcia na uczelni. W poniedziałek natomiast nastąpi koniec świata, bo nikt nie wie do jakiego salonu nas na razie przydzielą i w jakich godzinach będziemy pracować.
Ale mimo trudów związanych ze wstawaniem w środku nocy, podróżą na drugi koniec Wrocławia i długaśnymi powrotami do domu, to widok chociażby tańczącego i śpiewającego tortu - rekompensuje wszystko:) (jedyne 69,90. DAAAA!!!!!!!!)
komentarz (3)

2008.09.25 15:07:56 link
Przedpołudniami bardzo często bywam w domu i zdarzają się dni, że odbieram ok 5 telefonów z zaproszeniem na: pokaz kocyków, wykład o reumatycznych bólach kręgosłupa, z namiętnymi propozycjami zmiany abonamentu TP S.A. na Tele2, zawzięciem kredytu z banku, którego nazwę słyszę po raz pierwszy i tym podobne. Rodzice wychowali mnie na jednostkę uprzejmą (czasem aż za bardzo) i tylko raz w karierze zdarzyło mi się powiedzieć "spierdalać!" do panów chcących mnie przekabacić na cholerne Tele2 w sposób osobisty. No i właśnie przez tą uprzejmość starałam się chyba zbyt subtelnie i nieśmiało prosić swoich rozmówców, żeby odznaczyli w programie, z którym pracują, że nie, nie jesteśmy zainteresowani do tego stopnia, że NIGDY nie przyjdziemy na pokaz kocyków, nie wysłuchamy wykładu o reumatycznych bólach kręgosłupa, nie zmienimy abonamentu i nie weźmiemy kredytu z nieznanego nam banku! Wielokrotnie spotkałam się z trzaśnięciem słuchawką i kilkakrotnie z "ja już mogę nie zadzwonić, ale inni i tak do Państwa będą dzwonić dalej, proszę sobie zastrzec numer w książce telefonicznej.". Jebani spamerzy!

Boję się trochę odbierać takich telefonów, bo sama przez szczęśliwie krótki okres robiłam to samo. Jak zrezygnowałam z pierwszych studiów, to postanowiłam iść do pierwszej pracy! Nie miałam jakiegokolwiek rozeznania, o co chodzi z tym pośrednictwem pracy i z firmami telekonsultingowymi. Zobaczyłam w ogłoszeniu napis "telekonsulting" i zobaczyłam oczyma duszy samą siebie na poważnym stanowisku polegającym na odbieraniu telefonów i pomocy klientom. Nie wiedziałam też co znaczy zdanie "Firma X dla swojego klienta poszukuje...". Myślałam, że Firma X to ta, w której mnie zatrudnią. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną, tego samego dnia zostałam już przyjęta i jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że muszę jechać dokładnie na drugi koniec Wrocławia na szkolenie? Więcej:) Na miejscu okazało się, że to jeszcze nie szkolenie, tylko kolejna rozmowa kwalifikacyjna, dopiero potem szkolenie i tego samego dnia jesteśmy już sadzani na stanowiska. I nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. Wizja odbierania telefonów od klientów gdzieś odleciała. Wsadzili nas do działu książek Reader's Digest zapewniając, że będziemy przedstawiać najnowsze propozycje ("nie możecie używać słowa oferta!!")książkowe tylko i wyłącznie stałym klientom, którzy niemalże czatują przy telefonie, żeby zakupić nową lekturę! No i prowizje dla dzwoniących z najwyższą godzinną średnią sprzedażową. I tu kolejne zderzenie z rzeczywistością. Stali klienci w 80% nie okazują się stałymi klientami, a jedynie automatyczną sekretarką, modemem, pomyłką, zgonem, przeprowadzką, albo głuchym telefonem. Jeśli natrafi się już na to 20% stałych klientów, to i tak spotyka nas ogromne rozczarowanie, gdy rzeczywistość dosięga nas po raz trzeci i słyszymy wyzwiska, oszczerstwa i krzyki związane z dezaprobatą odnośnie zakupu naszych nowych książek, których cena to jedyne cztery nieoprocentowane raty w wysokości 25,99zł (nie, nie można podać pełnej ceny). Pięciominutowa przerwa co godzinę nie starcza nawet na przejście przez ten cały pieprzony ul na zewnątrz i nienałogowego papierosa! A kiedy jest się wzywanym do inspektoratu, gdzie szykuje się opierdol za to, że nie zaproponowano książki "Jak leczyć ból?" naszej STAŁEJ KLIENTCE, która ma 400zł renty miesięcznie, amputowane nogi i ból kręgosłupa, to ma się chęć zrezygnować. Wytrzymałam niesamowicie krótko, ale zdążyłam zaobserwować rotację- ludzie w takim miejscu wytrzymywali po kilka tygodni, a szkolenia dla nowych pracowników odbywały się codziennie.
Od tamtego czasu mam opory przed odbieraniem nieznanych połączeń na telefonie stacjonarnym... I naprawdę współczuję ludziom po drugiej stronie.
komentarz (0)

2008.09.23 12:26:00 link
Dzięki Ralf:*
Panikuję trochę, bo znowu doszły mi piątki na uczelni i nie chcę, żeby ponownie była kapa z pracą. Grrr.:/
komentarz (2)

2008.09.21 13:07:34 link
Wczorajszy wieczór skończył się dla mnie o godzinie 24.00:)
Wchodząc do mieszkania zobaczyłam, że rodzice nie śpią, więc przyszłam im powiedzieć, że właśnie idę zejść im z oczu.

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki K, A, C.

Czekam do poniedziałku, żeby poszukać Lilu. Słyszałam na razie 3 kawałki i wiem tyle, że nie tego się spodziewałam. Czekałam na porządną dawkę soulu, chciałam czytać o polskiej Lauryn Hill i Eryce Badu, a usłyszałam coś całkiem innego. No nic, czekam na resztę.
komentarz (2)

2008.09.19 15:05:32 link
Egzamin zdany, szkolenia do pracy od 29.09, więc jeszcze ponad tydzień słodkiego nicnierobienia:)
Olśniło mnie wczoraj w kwestii "muszę czasem pobyć sam". To niegłupie!
W zeszły wtorek ściągnęliśmy film służący do oglądania. Jest piątek i film nadal nie został wysłużony:(

Ostatni raz widziałam słońce w sobotę po południu, 5000 metrów nad ziemią. Trochę mnie to przytłacza. Ale i tak dużo się śmieję wpychając sobie winogrona do ust.

Jak weszłam po raz pierwszy do Flo, to stwierdziłam, że jak kiedyś będę ogarniać swoje 'ciasne własne', to się uposażę. No i nigdy nie byłam tak bliska zrealizowania tego mikromarzenia. Z takim jedynie małym szczegółem, że nie mam mieszkania. Ale mam pracę we Flo:D
komentarz (0)

2008.09.16 12:45:11 link
Po egzaminie, po rozmowie o pracę.
Pracę dostałam i zaczynam od połowy października, na wyniki egzaminu muszę czekać do jutra rana.
Porobiłabym coś niecodziennego. Ciężko chyba przebić w "niecodzienności" wycieczkę do Moskwy, ale COŚ bym porobiła. Tylko co? Przelot turbokusi!
komentarz (0)

2008.09.14 22:10:23 link
Moskwa
miasto remontów i odrostów

Zdrastwujtie!!!
Nasza podróż zaczęła się w środę wieczorem opóźnionym o 40 minut samolotem do Warszawy. Mieliśmy zabookowany hotel na wprost lotniska i tam powitały nas ogromne powody do radości, gdyż pokój okazał się totalnym zecwanem. Przed snem zeszliśmy jeszcze do kawiarni na 2 Żywce, co zaowocowało rachunkiem na 40zł (no dobra, na 37, ale "40" brzmi bardziej dramatycznie). W czwartek z samego rana byliśmy umówieni z naszym opiekuno-przewodnikiem Łukaszem, który okazał się polskim odpowiednikiem Hugh Grant'a;) Lot opóźnili nam o 4 godziny, co nie przeszkodziło nam niemalże na niego nie zdążyć ("Rafał, ale naprawdę wyczytywali nasze nazwiska przez ten duży megafon??").
No i się zaczęło.
Wsiedliśmy do wysłużonego staruszka Tupolewa, który wyglądał tak, jakby miał się rozpaść w powietrzu, obsługiwały nas PRAWIE miłe panie z wąsami, a jedyną rekompensatą był widok za oknem (moje aspiracje związane z zawodem stewardessy lekko podwiędły). Na miejscu przestawiliśmy zegarki o 2 godziny do przodu i ruszyliśmy do hotelu. Od lotniska do naszego punktu docelowego było 30km. Zdążyliśmy zatem pooglądać moskiewskie budynki. 80% w remoncie. 20% zaniedbane, brudne i szaro-bure. Poznaliśmy naszą drugą opiekunko-przewodniczkę Beatę i w takim składzie zwiedzaliśmy Moskwę przez cały następny dzień.
Tempo naszych warszawskich kolegów było zabójcze, dlatego nie do końca byłam świadoma miejsc, w które byłam zabierana. Zrobiło na mnie przeogromne wrażenie metro. Marmury, żyrandole, posągi... Dość szybko nauczyliśmy się, żeby jadąc ruchomymi schodami ustawiać się pojedynczo i z boku, żeby przepuszczać tratujących-spieszących się.
Lało cały dzień, więc na Placu Czerwonym myślałam już tylko o moim lewym turboprzemoczonym bucie. Niestety Leninowi było trochę gorzej, więc nie chciał nas widzieć. Trafiliśmy do ogromnego centrum handlowego tuż przy samym Placu Czerwonym. Wchodząc do środka powiedziałam "whoah!". 3 równoległe do siebie, połączone ze sobą mostkami Galerie Dominikańskie.
Nie chciałam czuć się odosobniona z tym moim zalanym butem, więc Rafała też zalałam. Dokładniej Jego paszport herbatą z niedokręconej butelki w torebce(swój też trochę zalałam tak dla niepoznaki:p ). Akcja ratunkowa powiodła się i następnego dnia mogliśmy spokojnie wracać do Polski.
Na obiad postanowiliśmy się zatrzymać w miejscu, gdzie będzie czuć rosyjską kulturę i smak.
Wylądowaliśmy w Sushi Barze na Happy Hours. Wszystko, co zamówiliśmy, przyszło do nas podwójnie. Dalej nie mam apetytu:) Przeszliśmy ulicę Arbat, zakupiliśmy suveniry w przekosmicznych cenach (w Moskwie nie opłaca się kupować niczego, no może papierosy Marlboro, których cena w przeliczeniu na złotówki wynosi jakieś 3zł).
Starałam się podpatrzeć, jak wyglądają i ubierają się młode Rosjanki. Pierwszy typ był naprawdę typem przepięknym, gustownym i z wielką klasą. Drugi typ miał odrosty na pół głowy, źle dobrane ciuchy i porozmazywane makijaże. Tak, drugi typ przeważał.
Wieczorem po zwiedzaniu czekała na nas impreza B-Live. Miało być elegancko, bo na Vipie, a było nieco niewygodnie i bez Vipa. Rosjanie nie do końca potrafili się wczuć w klimat imprezy i po prostu poskakać i potańczyć na parkiecie. Całe przedsięwzięcie było zorganizowane w czymś na wzór teatru. Djka stała na scenie, parkiet można było podziwiać z balkonów. Pisano, że gwiazdą będzie Groove Armada, było Tatu (jak wyszły na scenę, to pomyślałam tylko: "nigdy nie przyszłoby Ci do głowy, żeby zwiedzić Rosję i na pewno PRZEnigdy nie przyszłoby Ci do głowy, żeby iść na koncert Tatu!"). Ale to nic, prawdziwe wrażenie zrobił na mnie rosyjski balet, który rozpoczął się od Jeziora Łabędziego, a skończył na głębokim Hous'ie. Potem był chór i fantastyczny tenor, który również doskonale czuł się w klimatach klubowych:) Czyli generalnie prócz niewygodnej kiecki i butów - impreza na superplus!
Wróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy się, przespaliśmy godzinkę i ruszyliśmy na lotnisko.
Cyrk.
Nie zliczę ile czasu czekaliśmy na odprawę bagażu. Nie, że kolejka. Kolejka była tylko następstwem tego, co działo się przy punktach odbioru biletów. Otóż..
nic się tam nie działo. Kobiety siedziały, stukały coś na klawiaturze, obsługiwały może jedną osobę na 15min. To samo spotkało nas przy kontroli paszportów. Tam nie rozumieją jeszcze, że to nie my jesteśmy dla nich, tylko oni dla nas! Kolejki do bramek nie chcę nawet opisywać. Pragnę jak najprędzej wymazać z pamięci ten obraz. SZYBKO! Po drobnych perturbacjach i zmianach gate'ów, znowu trafiliśmy do starego poczciwego Tupolewa, który przy okazji rozpadania się, wąsatych pań i pięknych widoków za oknem, obfitował również w nie do końca przypadające do gustu zapachy toaletowe(moje aspiracje związane z zawodem stewardessy zwiędły całkowicie). I tak przez 2 godziny.
Kiedy w Warszawie padła taśma przy odprawie bagażów, to razem z Ralfem z uśmiechem na ustach zajęliśmy koniec ogonka do jedynych działających stanowisk, gdyż tłum rozładował się w zaledwie kilka minut. Po raz pierwszy wylecieliśmy o planowanym czasie. I oto jesteśmy. Ledwo żywi ze zmęczenia, przemarznięci... i szczęśliwi;)

Zdjęcia
komentarz (1)

2008.09.10 12:16:13 link
Wyjazd za kilka godzin, a ja siedzę w nocnej koszulce i jestem niespakowana i nienaumiana na poniedziałek (tak czuję). Nie umiem się w 100% cieszyć na ten wyjazd, żeby tam chociaż miało być ciepło.... Ale już jutro o tej porze będę chodzić po ulicach Moskwy i zapewne będę miała o wiele lepsze nastawienie, niż teraz:)
komentarz (0)

2008.09.09 01:25:04 link
Głupoty głupoty:)
Nowości nowości:)
komentarz (1)

2008.09.08 21:52:10 link
Okej, to zaczniemy być wywożeni do Rosji już w środę wieczorem, zamieszanie w postaci wysyłki paszportów i wypełnianych wniosków o wizy kurierem mamy za sobą, więc w końcu zaczyna mi się ta nadchodząca wyprawa podobać:) W życiu by mi chyba nie przyszło do głowy, żeby samej z siebie wpaść na pomysł "a może byśmy tak zwiedzili Moskwę?". NIET! A tu nagle taka niespodzianka. Trzeba korzystać, nieprędko spędzę znowu 2 noce w hotelu, gdzie doba od osoby kosztuje 750 złotych.
Moi rodzice bywają naprawdę niesamowici. Właśnie w tym momencie mój Ojciec wraca piechotą z miasta, bo nie ma drobnych na bilet tramwajowy, a bez biletu nie wsiądzie, a moja Mama nie mogła po Niego podjechać, bo wypiła pół puszki Redd'sa. Tak mnie właśnie uczciwie wychowują! Chłonę i nasiąkam...
W związku zwanym miłosnym, tudzież partnerskim uśmiecham się bardZ, choć jeszcze patrzę na biurko i czekam, aż serduszko wróci na szyję.
komentarz (1)


*{ulubieni} Ralf:* | Donutsy | MikeMuli | Zawa | Cóq | Nejbz | Skala

*{moje} Sluchaj! | Patrz! | Sluchaj i Patrz! | NK | Grono

*{strony} Shotmate | Dwaem | Wykop | Imprezowicz | The Blow

*{archiwum} wszystko | miesiac | ostatnie 20